Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi slec z miasteczka Katowice. Mam przejechane 1892.20 kilometrów w tym 1320.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 16.99 km/h i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl

Moje rowery

Nie mam rowerów...zdefiniowanych:(

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy slec.bikestats.pl
Dane wyjazdu:
80.30 km 0.00 km teren
05:10 h 15.54 km/h:
Maks. pr.:69.70 km/h
Temperatura:18.0
HR max:192 ( 98%)
HR avg:170 ( 87%)
Podjazdy:2745 m
Kalorie: 4295 kcal
Rower: brak.

FINAŁ ISTEBNA 2011

Sobota, 24 września 2011 · dodano: 26.09.2011 | Komentarze 3

Finałowy wyścig sezonu 2011

...oczywiście w Istebnej.
Trasa praktycznie taka sama jak w tamtym roku, jedynie końcówka trochę inna ze względu na brak zgodny nadleśnictwa, tak więc będziemy mogli przekonać się i porównać 1 do 1 czas z sezonu 2010 z sezonem 2011.

W tamtym roku po zgubieniu bidonu na 15 km i odcięciu prądu na 30 km + zerwany łańcuch na ostatnim, uzyskałem czas 5:50:37 zajmując 79/175 miejsce open oraz 29/60 w kat.M3.

Forma po upadku w Krakowie i przez późniejsze tego konsekwencje poszła w las, ale mimo tego w tym roku powinno być dużo lepiej.
(wliczając maraton w KRK i Międzygórzu przez ostatnie 5 tygodni byłem tylko 5 razy na rowerze)

Już sam dojazd na zawody przekonał mnie o tym że łatwo dziś nie będzie, samochód w pewnym momencie odmówił posłuszeństwa i poważnie zastanawiałem się nad jego porzuceniem, na szczęście udało się go ponownie odpalić.

W Istebnej jestem z dość dużym zapasem czasowym, zatrzymuje się u znajomych z Bydzi. W domkach obok spotykam Białystok, Herbapol, Gomole, Torq tak więc z perspektywy ostatniego bufetu mam miejsce w pierwszym rzędzie - to cieszy.

Godzinę przed startem serwisuje jeszcze Piotrkowi z PTR hamulec, nawet nie wspomnę jak bardzo był "miękki" bo to nie jest miejsce na niecenzurowane słowa.

o 9.30 jestem na Stadionie spotykam tam resztę swojego Teamu, jeszcze tylko kupon na samochód i można ustawiać się w sektorach.

Na trasę zabrałem ze sobą 4 żele 1 enduro 2*carbo oraz jeden Maxim z planem przyjmowania mniej więcej co 15 km.
Kilka sekund po 10.00 tradycyjnie start najdłuższego dystansu, pogoda jest idealna, jadę oczywiście na krótko.
Na samym początku przebijam się bardziej do przodu, tak żeby na pierwszych podjazdach nie stracić kontaktu z lepszymi, jak wcześniej pisałem nie mam formy.

Puls przez pierwsze 0,5h nie schodzi poniżej 180 a dystans nie licząc golonko-metrów powinien wynieść około 74 km, zwalniam, coś trzeba zostawić na Stożek.
Na pierwszym bufecie pytam o pompkę serwisową - mam wrażenie że tył nie jest wystarczająco dopompowany i boje się złapać kapcia - niestety ostatnio rozwaliłem tubulessa i jadę z tyłu na dętce.

Praktycznie do samej Ochodzitej jedzie się gęsiego co przy trudniejszych podjazdach i zjazdach (korzenie luźne kamienie etc) przeszkadza w płynności jazdy. Na szczyt Ochodzitej staram się wjechać szybciej od pozostałych tak aby mieć jak największą przyjemność z pokonania trudniejszych sekcji.



Na 30 km wciągam drugiego żela tym razem enduro, przed nami bardzo szybkie słowackie odcinki, kurzy się aż miło popatrzeć, jeden garb chciał mnie nawet wyrzucić z siodła ale opanowałem sytuacje.
Kolejne kilometry uciekają kilometr za kilometrem i mimo braku formy jedzie mi się bardzo dobrze niby trochę odcina ale jak tylko na chwile zwolnię to wszystko znów jest ok.

Na drugim bufecie spotykam Piotra Żebrowskiego z PTR oraz Grześka z Subaru dowiaduje się ze Piotr złapał gumę, w sumie to Grzegorz też, mijałem go gdzieś na pierwszym kilometrach podczas naprawy. Uzupełniam bidon coś tam jeszcze pomaszkiece + 3 żel carbo i ruszamy w trójkę. Piotr w trakcie jazdy zaczyna marudzić że nie będzie wjeżdżał na pętle Giga i że ogólnie ma już dosyć i wszystko jest do dupy, gdybym miał w tym momencie wolną rękę to bym go trzepnął porządnie w łeb i doprowadził do pionu. Wystarczyła słowna reprymenda ...no bo to z tą pętlą jest tak: niby 20 kilometrów ale podjazdu to jest może 9-10 km więc nie ma co się nawet zastanawiać czy jechać czy nie jechać.

Jedziemy w czwórkę ktoś z wyprzedzanych złapał się na koło. Jedziemy w b.małych odstępach co w tym terenie jest dosyć niebezpieczne, no i chyba z tego powodu na jednym z nielicznych błotnych odcinków Piotr zanurza się prawie po piastę w błocie i zalicza klasyczne piękne OTB, mi udaje się odbić i wybrać inny tor jazdy, unikamy w ten sposób kolizji.

2km do mety do mety mega rzecz jasna o mały włos sam bym zliczył OTB, zaskoczył mnie rów szerokości koła.

Przed nami krótki dość sztywny podjazd w tamtym roku pokonując go drugi raz na pętli Giga, ściągnął mnie z roweru paskudny skurcz.

Ostatni kilometr nieznacznie zmieniony w stosunku do poprzedniego sezonu więc jest okazja zaplanować ostatni finisz w tym roku.

Na osławionych korzeniach tuż przed metą Piotr traci rytm i podpiera się, unikając kolizji zmieniam tor jazdy no i nie udaje mi sie pokonać tej przeszkody - pewnie i tak bym tego nie zjechał - w krótkiej historii moich startów tylko raz ta sztuka mi się udała.



3 Bufet - Grzegorz i Piotr jadą dalej ja postanawiam się zatrzymać - wywalam wszystkie puste tubki, pojemniki i inne śmieci + wciągam 4 żela Maxima - to coś extra na Stożek.

Kilka chwil później widzę z daleka jak Piotr grzebie coś przy rowerze, zerwał łańcuch czeka na niego Grzegorz. Oferuje i daje spinkę, Piotr zostaje, mam nadzieje że nie zawróci na metę, a z Grzegorzem ruszamy dalej.

Zaczyna mnie odcinać, czuje mrowienie i cement w nogach, z tym żelem to chyba się trochę spóźniłem. Łapie mnie skurcz, muszę zejść z roweru i trochę podprowadzam. Mija jeszcze 10- 15 minut i odżywam gdzieś przed kamienistymi odcinkami podjazdu na Stożek dochodzę do Tomka z Teamu - chłopak daje rade 18 lat 15 kg-wy rower pełna grupa Alivio oraz Amortyzator klasy NoName, i dopiero teraz do niego dojeżdżam, szczerze to jestem pod wrażeniem.

Kamienisty podjazd praktycznie cały w siodle.
Przed szczytem Stożka skręcamy w prawo w nieznane, pierwszy raz tędy prowadzą trasy maratonów Gi-Gi :-). Szybki piękny zjazd Tomek jadąc moim śladem praktycznie w ogóle nie odstaje, na szutrowym podjeździe trzyma się koła, co jakiś czas oglądamy się za siebie wypatrujemy konkurencji.
Do mety jest już niedaleko. Kolejny zjazd cud malina, dojeżdżamy do Olzy po drugiej stronie widzimy Artura, kolegę z Teamu, wołam aby poczekał.
Dowiaduje się ze Artur miał bliskie spotkanie z matką ziemią na kamienistym zjeździe za Pietraszonką - poharatany łokieć i obite żebra, no i dodatkowo wygląda na lekko odciętego - proponuje koło - w sumie to fajnie by było w trojkę, razem na zakończenie sezonu wjechać na metę, no ale na horyzoncie pojawiają się konkurenci, Artur nie utrzymuje koła.

Końcówkę mam mocną puls ponownie wchodzi na wyższe (180) obroty - jak na 5 godzin jazdy to bardzo wysoko.

Tomek został trochę z tyły jakieś 30-50 metrów trochę zwalniam i czekam zapraszając go do mocniejszego naciśnięcia na pedały, to już tylko 2 kilometry do mety, jeszcze tylko jeden podjazd i praktycznie koniec tego sezonu, na ostatnim kilometrze robi się bardzo ciasno niestety za bardzo nie ma gdzie wyprzedzić uczestników Mega.

Chciałem zaatakować strome podejście to przed "korzeniami" niestety uślizg koła i ląduje dwa metry niżej, yym samym przepuszczam Tomka i spokojnie dojeżdżamy do mety. Sezon 2011 zakończony kompletem jedenastu maratonów.

Czas 5.10.33
Wynik Open 51/191
Wynik Kat.M3 24/77

Pierwszy check point (META MINI) 01:32:38(71) drugi check point (META MEGA) 03:30:55(56)
Tak więc sukcesywnie wyprzedzałem

Poprawiłem czas z zeszłego roku o 40 minut
Średni puls 170 a max 192 :-) to rekord z tego roku - ale to raczej wskazówka braku formy.

Sezon zakończony
W generalce cyklu Suzuki Powerade 14 miejsce (2010 19 lokata)
zdobytych 3517 pkt.
Kategoria: Maratony


Dane wyjazdu:
77.00 km 77.00 km teren
04:55 h 15.66 km/h:
Maks. pr.:68.70 km/h
Temperatura:16.0
HR max:187 ( 96%)
HR avg:167 ( 86%)
Podjazdy:2620 m
Kalorie: 3998 kcal
Rower: brak.

MIĘDZYGÓRZE SUZUKI POWERADE MTB MARATHON 2011

Sobota, 10 września 2011 · dodano: 13.09.2011 | Komentarze 6

Międzygórze 2011

Tydzień po Krakowskim maratonie (03.09) gdzie na 1km miałem pecha, wybraliśmy się na ustawkę w górach. Ja Adam Miluś Greg i Artur plan był prosty około 70-80 km, i znów pech, tam gdzie reszta przeprowadzała rowery, ja chciałem przejechać, skończyło się upadkiem na lewy bok oraz zerwaniem wielkiego strupa (wielkości dłoni) z KRK.

Ranę na miejscu oczyściłem octanisept-em (Adam różne rzeczy wozi ze sobą) i opatrzyłem ją kawałkiem ligniny - jeździłem tak jeszcze w upale 3 godziny.

Nie wdając się w szczegóły bo to nie miejsce na to w poniedziałek udałem się do szpitala, później do dermatologa z ropiejącą raną oraz bólem prawie całej nogi. Wdało się zakażenie, lekarz przepisał antybiotyk i zasugerował aby rana była cały czas na wierzchu tak aby mogła spokojnie zacząć zasychać.

Lekarz rodzinny wypisał L4 do czwartku - przeleżałem 3 dni w domu, męcząc się na pozór z błahym problemem, każdy nawet najmniejszy dotyk tego miejsca powodował ból i pieczenie.

Cały tydzień myślałem o tym czy jechać do Międzygórza.

W czwartek udałem się na wizytę kontrolną, dermatolog nie zaleca startu ale zrobi pan jak zechce :-) ...osłona w postaci antybiotyku jakby co to jest.

W Piątek decyduje że nie jadę, trudno nie ustrzelę w tym roku kompletu 11 startów, ale spakował się i przygotowałem rower do startu, budzik nastawiłem na 4.30 tak na wszelki wypadek.

Dzwoni budzik - jechać?, nie jechać?, jechać?, nie jechać? a pojadę i najwyżej będę podawał bidony na trasie :-)

Jesteśmy wszyscy na miejscu w Międzygórzu 9.10 spotykam Tomka - nowego naszego Teamowca - choć to dopiero jego drugi maraton w życiu, pierwszy to Mega w KRK i 4 miejsce, wystarczyło mu tylko lekko zasugerować dystans Giga, a kolega bez żadnych wątpliwości przyjął sugestie.

9.30 ruszam coś przekręcić, od KRK mam w nogach tylko 70 km i nadal jestem na antybiotyku. Przejechałem spokojnym tempem góra jeden kilometr - puls prawie wskoczył na 170 i zlał mnie zimny pot.

...no nic idę do ostatniego sektora (miałem 2) lecz w moim stanie będę tylko innym przeszkadzał, ostatecznie staję w trzecim z Piotr-em z Ptr.
Cel - tylko ukończyć

Międzygórze tuż przed startem © slec


Z cyklu znajdź 'rzepak" © slec


kilka minut po 10.00 ruszamy przed nami 73 kilometry, mój pierwszy cel to wdrapać się na czwarty podjazd (śnieżnik) ale jest jedno ale już po 3 km mam kompletnie dosyć, puls waha się pomiędzy 175-185 (max 187 rekord w tym roku) a ja praktycznie stoję w miejscu, wszyscy Ci z którymi miałem okazje w tym roku jeździć, dawno dawno temu odjechali. Przy takim wysiłku chce mi się wymiotować, tym bardziej że czuje cały czas antybiotyk który o 8.00 musiałem zażyć - "siedzi" mi na żołądku.

Zwalniam jeszcze bardziej lecz puls spada nieznacznie, na drugim długim podjeździe aby zejść z pulsem poniżej 172-173 musiałbym zejść z roweru i go prowadzić. Jednym słowem katastrofa, katastrofa która utwierdza mnie w przekonaniu że antybiotyki to naprawdę świństwo, a tak na marginesie ostatnim razem kiedy je brałem to rok 2009 i też przed Międzygórzem :-) oj ironio losu (Infekcja górnych dróg oddechowych).

Trzeci podjazd, gdzieś na 12 kilometrze gdy wszyscy inni jadą ja schodzę z roweru i trochę podprowadzam , nie przywykłem do takiego widoku. Każdy dzisiejszy podjazd to dla mnie spory wysiłek a jest ich 9 sztuk w tym jeden bardzo konkretny.

Na długich, prostych zjazdach sporo ryzykuje aby choć trochę nadrobić - puls utrzymuję się w okolicach 155-160.

Gdzieś na trasie © slec


Pierwszy Bufet olewam - żele mam, picie jest

Czwarty podjazd (Śnieżnik) pokonuje go zastanawiając się kiedy dopadnie mnie czub z Mega :-)

Puls nadal utrzymuje się b.wysoko, wyprzedzili mnie już chyba wszyscy którzy mogli w dniu dzisiejszym to zrobić, wynika z tego że znalazłem już swoje miejsce.

Czas i metry upływają powoli, zastanawia mnie jak idzie Tomkowi bo o resztę z naszych się nie martwię.

Mijam drogowskaz, podjeżdżam trochę bliżej, na strzałce jest napisane Schronisko na Śnieżniku 1h30min - czyli zostało jakieś 20 minut i potem już z górki, techniczny zjazd z pod schroniska praktycznie cały zbiegam nie chce ryzykować ponownego upadku na lewy bok. Wsiadam na rower jak się trochę uspokaja. Nagle widzę karetkę GOPR-U z daleka widzę zółty trykot w pierwszej chwili myślę kurcze Tomek się rozpierdzielił, przyjechał z rodzicami, namówiłem go na Giga i taki pasztet.

Podjeżdżam, widzę Krzysztofa który trzyma się za bark, zatrzymuje się, chwile z nim rozmawiam, wygląda to na złamanie, Krzysztof pogania mnie jedź, jedź na koniec dodaje ...Kurcze cały czas jechałem w czołówce.

To fakt że ta trasa była pod Krzysztofa łatwa technicznie z dużą suma przewyższeń miał spore szanse na bardzo dobry występ. Niestety dla niego zawody skończyły się najmniej przyjemny sposób.

Drugi Bufet postanawiam również olać - za to wciągam pierwszego żela

Podjazdy, Podjazdy, Podjazdy, i jeszcze raz Podjazdy © slec


Od czasu do czasu w oddali widzę postać w białej koszulce - przypuszczam że jest to Jacek P. (JPbike) który wraca po długiej przerwie, dochodzę do niego mniej więcej w najładniejszym miejscu tego maratonu (w mojej opini) Droga nad lejem - długi szuter wzdłuż poziomnic z widokiem na dolinę - ach ta przestrzeń.

Jakiś czas Jacek jeździe za mną - trzyma się blisko na zjazdach, które są szybkie, maksymalna prędkość w dniu dzisiejszym dochodzi do blisko 70 km/h.

Jacek zostaje na następnym podjeździe w okolicach Dziczego Grzbietu a ja w dalszym ciągu staram się utrzymywać puls w "ryzach".

Gdzieś w tych okolicach na kolejnym szybkim zjeździe wyprzedzam Damiana, trochę dziwi mnie jego obecność tak daleko z tyłu, więc gdy teren ponownie zaczyna się wznosić, zwalniam i czekam na niego, chwile rozmawiamy, jest mniej więcej 54 km - na wypłaszczonym odcinku chowam się za Damianem i jadę mu na kole wspólnie dojeżdżamy do kogoś z gomoli, w trojkę dojeżdżamy do kolejnego zjazdu, na którym ponownie szybkości dochodzą do 50-60 km/h.Nagle mam problem z przednim hamulcem tzn. klamka zapada się i siła hamowania spada do 0, okazuje się że wyciekł płyn ze zbiornika - awaria z KRK dała znać o sobie. Trudno cały KRK jechałem bez przedniego przeszkadza-cza więc te ostatnie 20 km również dam radę.

Ostatni (pierwszy) bufet - tutaj zatrzymuje się, Damian również.

Damian rusza pierwszy - widać że go zmotywowałem do zmożonego wysiłku, dziś odpuszczam, nawet nie staram się złapać koła,

Natomiast jeszcze przed ponownym połączeniem z Mega dojeżdżam do Jerzego, chwile jedziemy wspólnie, rozmawiamy, Jerzy wygląda na odciętego i faktycznie tak jest, proponuje żele które mi zostały oraz oferuje koło. - Jurek nie korzysta z mojej propozycji, nie chce mnie spowalniać. Pytam jeszcze o pozostały profil trasy.

Ostatnie kilometry to jeszcze kilka trudności w postaci długiego podjazdu a'la Sowa po kamieniach i wypłukanych ścieżkach - nie mam siły już na to, schodzę z siodła i idę razem z Mega.

Kolejny zjazd - ryzykowny z powodu kompletnego braku hamulca, próbuje nadrabiać balansem ciała. Przy końcu tego zjazdu a przed sztywnym 150 metrowym podejściem dojeżdżam i wyprzedzam Tomka, siłą pędu pokonuje pierwsze metry i ponownie podprowadzam, puszczam Tomka dopingując go dodatkowo - już ma świetny wynik :-) na bank będzie pudło.

Na ostatnim zjeździe tuż przed metą nie chce ryzykować upadku zwłaszcza że jest lekko techniczny a zapadnięta przednia klamka skutecznie przekonuje mnie na ponowne zejście z roweru, po pokonaniu ostatniej przeszkody wskakuje na rower i czym prędzej przejeżdżam linie mety.

Na mecie jestem bardzo bardzo zadowolony, najłatwiejsze z górskich edycji Międzygórze w tych okolicznościach okazuje się najtrudniejszym pod względem wydolnościowym maratonem. Rekordowy puls: 187 Max 167 średni

Dystans = 77 km czyli tylko 4 Golonkometry więcej

Czas
04:55:49

Miejsce
Open 46/128
Kat M3 20/49


...a Tom pierwsze miejsce w kat.M1 następny z tej kategorii Rafał Pruciak z Torq-a stracił blisko godzinę :-)
Kategoria: Maratony